Pierwsze wrażenie? Przemili ludzi. Już od wyjścia z samolotu, po dostanie się do centrum, a później w przeróżne kawałki miasta mogłam liczyć na to, że ktoś mnie pokieruje, odpowie, uśmiechnie się czy zwyczajnie życzliwie spojrzy. Magia unosząca się nad tą ogromną metropolią była związana ze mną bezpośrednio, czułam, że znam to miejsce.. jednocześnie jednak przecież wszystko było nowe, a może nie..?

Nie wchodź do sklepu!

Co niezbyt dziwne moje nogi same pokierowały mnie najpierw w stronę niezwykle obleganego sklepu z sukienkami, które zapierały dech w piersiach! Ceny dodatkowo wzmagały głębsze oddechy, bo za parę euro można było dostać typowo hiszpańską bluzeczkę, w której seksapil oraz słodycz mieszały się niebezpiecznie, a już do 10 czy 15 euro czekały niezwykłe, długie sukienki.. Co w nich było najlepsze? Oczywiście to, że Hiszpanki nie należą do najwyższych kobiet świata, więc ja w moim 160 cm w kapeluszu mogłam wreszcie po przymierzać górę maxi kiecek, do których wystarczyło założyć nieco wyższe sandały! Dodam, że jakościowo wcale nie odbiegały od tych czekających w znanych sieciówkach.

Przeceny na buty, na biżuterię, na wszystko sprawiało, że w końcu mogłam poddać się magii zakupowego szaleństwa i zacząć zwiedzanie z radością w sercu i … lekkością w portfelu. To jednak nie zmieniło mojego podejścia i entuzjastycznego wchłaniania w siebie wszystkiego, co oferuje to miasto. Tacos czekało bowiem już za 1 euro, a za dwie noce w naprawdę przytulnym, miłym paro-osobowym hostelu z klasą zapłaciłam nieco ponad 40 euro. Koniecznie muszę tutaj dodać, że za 2 euro czekało na mnie śniadanie – kawa, rogaliki, dżem, bułki, banany i jabłka – czego więcej trzeba?

Architektura w chmurach

Nie miałam w planach zwiedzania jako takiego, nie czułam potrzeby wynajmowania przewodnika czy bycia jedną z osób w grupie wycieczkowej. Wolałam łazić bez końca czując ludzi, miejsca, atmosferę poszczególnych kawałków miasta. Ogromne budynki, pięknie wykończone, z rozmachem i precyzją przypominały mi o mocy twórczej i zdolnościach każdego z nas.. Jednocześnie czułam też, że można z tym zrobić wszystko – tak ważne jest więc wzięcie za swoją moc i działanie odpowiedzialności.

Szwendając się po Plaza Mayor widziałam Hiszpanów grających skoczną muzykę, która sprawiła, że uśmiechałam się od ucha do ucha, mnóstwo artystów, dzięki którym każdy spacer mógł okazać się niezapomnianą przygodą i kawiarnie, restauracje czy bary, które tylko czekały, by przyjąć kolejnych strudzonych wędrowców.

Katedrę Almudena dane mi było zobaczyć tylko z zewnątrz, jednakże i tak zrobiła na mnie wrażenie. Zwłaszcza, że przed nią grał niezwykły człowiek.. Pięknie, ciepło i poruszająco. A na czym? No właśnie. Na harfie! Stałam i słuchałam, zwłaszcza że jako dziewczynka najbardziej na świecie chciałam grać właśnie na harfie. Podzieliłam się tym z nieznajomym, który pozwolił mi dotknąć strun swojego cennego instrumentu.

Na Puerta del Sol wracałam wciąż i wciąż w poszukiwaniu nowych wrażeń. Podobnie jak na plac niedaleko muzeum Prado. Z centrum Madrytu do takich właśnie perełek można dojść na piechotę, co jest niewątpliwą zaletą dla osób, które pragną po prostu pochodzić po tym interesującym mieście, bez celu i martwienia się o transport. Wystarczy nieskomplikowana mapa czy apka w telefonie i już miasto nie takie straszne.

Król ożył, czyli co sprawiło, że cały dzień miałam dobry humor

Oczywiście Madryt to nie raj. Zwłaszcza, gdy mamy coś do załatwienia, a Hiszpanie świętują kolejną sjestę, w powietrzu skwar, bo temperatura przekracza 30 stopni i nie ma co liczyć na orzeźwiający wiatr. Jednakże i w tej sytuacji, gdy wychodziłam z jednej z pobliskich restauracji chowając się tam przed słońce, Madryt potrafił oczarować mnie po raz kolejny.

Na jednej z uliczek bowiem zobaczyłam Michaela Jacksona! Tak, król żyje. Ma się świetnie i zabawia hiszpańską publiczność. Uśmiech marzenie, muzyka genialna i starsza pani, która towarzyszyła mu przy pierwszej piosence powaliło mnie na kolana. Mieć pomysł na siebie, dobry pomysł, to klucz do sukcesu i bezgranicznej miłości publiczności, która zaczęła się zbierać tłumnie wokół ulicznego artysty. Dla takich chwil właśnie warto tu zajrzeć na weekend.

A gdy zgasną światła..

Zaczynają się imprezy. Rozbłyski oświetlające najpiękniejsze budynki. Tysiące osób, które do tej pory tłumnie przemieszczały się od kawiarenki do kawiarenki, ogarnięte zakupowym szaleństwem i spotkaniami ze znajomymi teraz zaczynają skupiać się w klubach, dyskotekach i barach. Ja postanowiłam spędzić ostatnią noc sprawdzając jak się mam w tym mieście nocą, i jak nocą się prezentuje.

Z moich wniosków wynika, że samotne spacery po północy to średnio udany pomysł, choć ekscytujący. Zależny od poziomu poczucia bezpieczeństwa oraz możliwości samoobrony. Niewątpliwie jednak po zachodzie słońca, gdy już upał nie taki straszny wyjście na miasto jest wspaniałym pomyłem! Gorące dni zaś najlepiej spędzać na lodach i w parku, do którego niestety nie dotarłam..

Zatem Madrycie, widzimy się niedługo! Wszak trochę mnie ominęło.

Manuela Serafin

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany