To będzie bardzo ważna recenzja. Dlaczego?

Bo to pierwszy artykuł w dziale, który w tym serwisie będzie mi chyba najbliższy.

Ta recenzja ma pokazać, że ten serwis nie będzie cukierkowy.

Że brakować w nim będzie różu i pluszu. Że to, że jestem kobietą nie oznacza, że słucham Justina Biebera, wzdycham do Dawida Kwiatkowskiego i wzoruje się jedynie na ikonach współczesnego popu.

Odkąd pamiętam w moim domu królował rock&roll, a ja wychowywałam się przy Dire Straits i Scorpionsach, których z uporem maniaka słuchał mój ojciec gitarzysta.

Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że znam na pamięć wszystkie teksty starych piosenek, a w życiu nie jestem w stanie skupić się na niczym w kompletnej ciszy, a jedynie przy dźwiękach ulubionej muzyki.

Mogłoby się więc wydawać, że długo zastanawiać się będę nad tym który koncert zrecenzować jako pierwszy. Paradoksalnie wybór mógł być jednak tylko jeden – tegoroczna edycja Męskiego Grania.

Do tej pory znałam je tylko z opowieści i piosenek których słuchałam w aucie na nieustannym zapętleniu. Nie sposób zliczyć ile razy przesłuchałam utworów „Elektryczny” czy „Armaty” wczuwając się w rolę Brodki czy Meli Koteluk i zazdroszcząc im towarzystwa tak szacownych Panów. W tym roku decyzja była więc jedna – nie może nas tam zabraknąć.

W zasadzie obaw o to, że moje przewidywania nie pokryją się z tym co usłyszę na żywo nie było, tym bardziej miło mi więc napisać jak bardzo zaskoczyła mnie cała oprawa tego wydarzenia.

Forty Bema, ciepły sierpniowy wieczór, nastawieni na to, że za chwile zmierzymy się z dzikim tłumem fanów podreptaliśmy na pierwszy z koncertów. Ku ogromnemu zdziwieniu pierwsze co nas pozytywnie zaskoczyło to aranżacja całego wydarzenia. Mimo ogromnej liczby ludzi, organizacja całego terenu dała poczucie totalnego luzu, poukładania i kulturalnego koncertu pod chmurką. Stylowe meble, świetne nagłośnienie, idealnie rozdystrybuowane ekrany sprawiały, że z każdego miejsca oglądanie tego wydarzenia było czystą przyjemnością. Zdziwił też brak ogromnych kolejek do barów, niesamowicie uśmiechnięta obsługa i sprawna praca foodtracków. Ale przejdźmy do tego po co tu się zjawiliśmy – muzyki!

Nie ukrywając trochę się spóźniliśmy i pierwszym koncertem na który trafiliśmy był występ Acid Drinkers. Spieszyć muszę z wyjaśnieniem iż ta opinia będzie mocno subiektywna bo Acid wchodzi już dość mocno w heavy metal, który nie do końca gra w moim sercu. Nie dało się jednak nie zauważyć, że mocno porwali tłum, a w w końcu również i mnie, kiedy na scenę wpadła Ania Brachaczek i razem zaśpiewali piosenkę „Love shack”. Cover B-52’s skutecznie wciągnął mnie w świat rock&rolla i idealnie przygotował do kolejnego wykonawcy i najlepszego występu solowego tego wieczoru.

Tak moi Drodzy, 20 sierpnia moim sercem zawładnął Organek. Wpadłam jak śliwka w kompot. Nie była to moja pierwsza przygoda z tym artystą bo płytę w domu mam od dawna ale przyznaje, że dopiero posłuchanie go na żywo sprawiło, że podpisuje się pod tym artystą obiema rękami.

Fenomenalny głos, rockowa dusza, absolutna petarda. Piosenkę „Kate Moss” do chwili obecnej słucham dzień w dzień, a moja 6-letnia córka śpiewając zastanawia się „o Matko! gdzie w nocy był Twój syn”. Tak tak, bo musicie wiedzieć, że egzemplarz dziecka trafił mi się wyjątkowy. Muzykę ewidentnie wyssała z mlekiem swojej rodzicielki czyli mnie i nieraz usłyszycie o niej w tym serwisie.

Po krótkiej przerwie po koncercie Organka nadszedł czas na Monikę Brodkę. I tu ze świata mocnych gitar przenieśliśmy się trochę do świata magii. Co prawda nadal na piedestale stawiam płytę „Granda” jednak nie ukrywam, że nowe kawałki z płyty „Horses” nieraz nie dwa wywołały u mnie ciarki na plecach. Zabrakło mi chyba jedynie piosenki „Varso vie”, skutecznie jednak jej brak zastąpiła nowa aranżacja piosenki „Granda”.

Po trzech pierwszych koncertach udaliśmy się by coś zjeść, szybko jednak z tego stanu wyrwał nas Dawid Podsiadło, który swój koncert rozpoczął od hitu „W dobrą stronę”. Z nachosami w ręku popędziliśmy spowrotem pod scenę wszak na koncert Dawida czekaliśmy cały wieczór. Co prawda nie przebił on moim zdaniem koncertu swojego poprzednika Tomka Organka, jednak i jego koncert oceniam jako bardzo dobry. Absolutnie urzekł mnie tłum śpiewający razem z nim wszystkiego jego największe hity, których na koncie ma już całkiem sporo. Oczywiście nie pozostawałam daleko w tyle i równie żwawo nuciłam pod nosem „Trójkąty i Kwadraty” czy „Postempomat”. Zamilkłam dopiero na piosence „Nieznajomy”, która jest jednym w tych utworów które lubię przeżywać w ciszy. Bo trzeba przyznać Dawid Podsiadło ma niesamowity dar do przekazywania w piosenkach wyższych emocji. Cały efekt potęgowała fenomenalna oprawa graficzna koncertu. Na tego typu wydarzeniach bywam często i muszę przyznać  „Męskie Granie” plasuje się w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o tego typu efekty.

Na koniec przyszedł czas na absolutną wisienkę na torcie. Koncert z którym wiązaliśmy największe nadzieję. Nadzieję, które na szczęście nie okazały się płonne. W oczekiwaniu na Orkiestrę Męskiego Grania postanowiliśmy nie ruszać się już z miejsca. Jak się koniec końców okazało bardzo słusznie bo tłum, który pojawił się na tym koncercie przebił wszystkie poprzednie występy. I tak jak pozytywnie oceniłam każdy poprzedni solowy występ artystów to wyobraźcie sobie, że ten koncert to wielka kumulacja tego co zdarzyło się wcześniej. Nie dowierzałam jak fenomenalne hity odkurzyli, by zaprezentować je w nowej aranżacji. Z utworu na utwór było coraz lepiej. Piosenki Maanamu czy Bajmu absolutnie porwały całą publikę. Ale wszystko przebiła chyba aranżacja piosenki „Przytul mnie”, którą razem z Orkiestrą wykonała na scenie Katarzyna Figura. Nie znam chyba kobiety dysponującej głosem o większym seksapilu. Występ był tak świetny, że na scenę Pani Kasia wchodziła dwa razy i za każdym razem równie żywiołowo została przyjęta przez tłum fanów. Mnie osobiście również mocno porwała aranżacja piosenki „12 groszy” w której świetnie odnalazł się O.S.T.R.

Na finał koncertu artyści zaśpiewali oczywiście piosenkę „Wataha”. Nie skłamie chyba i wiele osób zgodzi się ze mną, że jest to chyba najlepsza piosenka przewodnia wszystkich edycji Męskiego Grania. Skupiona na śpiewaniu głównego motywu tej piosenki przestałam liczyć ile razy Orkiestra musiała zagrać na bis. Okazało się, że jako Polacy słuch i głos mamy całkiem niezły bo wspólne wykonanie „Watahy” z publicznością powinno moim zdaniem przejść do historii.

No dobrze ale miało być krótko…a zerkam, że recenzją wchodzę już na trzecią stronę mojego Worda. Wypada trochę emocji zostawić sobie na kolejne koncerty. Bo to moi drodzy dopiero początek. Początek najmocniejszego działu tego serwisu. Mam nadzieje, że podobnie jak dla mnie stanie się i dla Was tym ulubionym.

Na razie nie zdradzę na jakie koncerty wybieramy się niebawem.

Czekajcie z niecierpliwością. Obiecuje Was nie zawieść.

A póki co kończę, dawno nie słuchałam „Kate Moss”.

Bez odbioru.

 

Paulina Przygoda

 

 

 

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany